czwartek, 27 marca 2014

Chapter 5

Poczułam lekkie szturchanie mojego ramienia. Bardziej zakryłam się kawałkiem materiału leżącym na mnie.

-Liz-mruknął cicho kobiecy głos-musimy już iść-otworzyła drzwi

-Gdzie jesteśmy?-wybełkotałam wolno otwierając oczy i widząc mężczyznę którego kiedyś już gdzieś spotkałam-kim ty jesteś-zwróciłam się do faceta patrzącego na mnie z góry.

-Jestem Shannon..zapomniałaś?-podniósł jedną brew do góry-pomagam ci w dotarciu do domu w całości-zaśmiał się pomagając mi podnieść się do pozycji siedzącej. Zmarszylam czoło.

-Nic nie kojarzę-rozglądnęłam się i spostrzegłam że dalej znajduję się w taksówce lecz za oknem widać tylko nasz wieżowiec i ciemność.

Zdjęłam z nóg obcasy i wysunęłam się z samochodu. Procenty chyba jeszcze nie do końca wyparowały z mojej krwi. Praktycznie nie potrafiłam utrzymać się na nogach w pionie. Tuż za mną z samochodu wyłonił się Shannon. Wyglądał na bardziej trzeźwego niż ja. Podszedł do mnie i przerzucił przez ramie. Chichotałam jak głupia. Takie najwidoczniej jest działanie alkoholu. W tak wielkich ilościach. On pomaszerował do wejścia a ja mogłam widzieć tylko Sarah maszerującą za nami z lekkim uśmiechem na twarzy. W sumie nie dziwie jej się. Widzieć mnie, z natury grzeczną dziewczynkę, w takiej sytuacji to nowość. Weszliśmy do windy. Skąd on wiedział gdzie ma iść?! Lekko przymrużyłam oczy i znów spojrzałam na przyjaciółkę. Z jej wyrazu twarzy nic nie dało sie wyczytać. Drzwi od windy sie otworzyły a muskularny mężczyzna znów zaczął maszerować. Między nami wszystkimi unosila sie niezręczna cisza którą z niewiadomych powodów postanowiłam przerwać gdy juz dotarliśmy do pokoju.
 
-Shann może chcesz zostać na noc-wybełkotalam-mam duuuze łóżko-zachichotalam zakrywając usta.
 
-Ee...-spojrzał zdezorientowany na Sarah- ja....macie kanape?
 
-Coś ty, możesz spać u mnie. Pomiescimy sie-zachichotalam gdy odstawił mnie na ziemie.
 
 Kiwnął jedynie głową i chwycił mnie pod pache. Domyslilam sie ze chce zaprowadzić mnie do pokoju wiec wskazalam na drzwi znajdujące sie na koncu korytarza. Wolnym i wciąż nietrzeźwym krokiem szlam podtrzymując sie ściany by trochę odciążyć mężczyznę. Cały korytarz chybał sie na prawo i lewo a mi z każdym momentem było coraz bardziej niedobrze. Wysfobodzilam sie z jego uścisku i zakrylam dłonią usta zatrzymując sie jednocześnie. Zjechałam wzdłuż ściany na zimną podłogę. Na mojej skórze pojawiła sie gęsia skórka. Moje ciało zaczęło sie trząść i totalnie odmaialo mi posluszenstwa. Shannon odszedł do mnie i chwycił w zgięciu kolan i za płacy trzymając jak panne młodą. Moja nietrzeźwa wyobraźnia włączyła sie do działania. Zaczęłam wyobrażać sobie mnie w długiej, bialej sukni. Idącą z bukietem pudrowo różowych róż do ołtarza. Stającą koło wybranka swojego życia i z niecierpliwością czekającą na to aż oboje powiemy sobie "Tak". Zaczęłam cichutko chichotać gdy weszliśmy juz do mojego pokoju. Posadził mnie na krawędzi łóżka obciagając jednocześnie moją sukienkę. Przetarlam oczy rozmazujac zrobiony wcześniej przez Sarah makijaż. Po czerwonej szmince nie było śladu a z tuszu zostały tylko czarne, rozmazane kółka. Była cala spocona a włosy przeklejaly sie do mnie. Odpielam z lekką trudnością buty i przesunelam sie bardziej na środek łóżka. Położyłam sie powoli słysząc tylko nierówny oddech Shannona. Czy byłam aż taka ciezka ze sie zmęczył? Zamknęłam oczy i próbowałam powstrzymać chęć zwymiotowania. Gdy udało mi sie przysunelam się do ściany.
 
-Nie jest ci gorąco?-zapytałam mając wciąż zamknięte oczy.
 
-N-nie-zająkal siadając na krawędzi.
 
-Strasznie ciężko oddychasz-otworzyłam oczy kierując wzrok w jego stronę-może to przez ten t-shirt?
 
Spojrzał na mnie gdy jego ręce powędrowały na krawędź jego koszulki. Zaczął ją wolno zdejmować dając delektować mi sie widokiem. Jego mięśnie były napięte. Było widać każde ścięgno odciskające sie na jego skórze od wewnątrz. Powoli zaczęłam wędrować rękami do zamka mojej sukienki. Rozpielam ją i zsunelam ramiączka. Widziałam iskre pożądania w jego oczach. Zsunelam sumienie z bioder i leżałam jedynie w czarnej, koronkowej bieliźnie. Włosy zwiazalam w kucyka i przejechalam językiem po dolnej wardze. Przymrużyłam oczy i wpilam żeby w skore mojej dolnej wargi. Jego ręce znalaazly sie na skórzanym, brązowym pasku, rozpinajac go i rozporek. Wolno zsunal je nie odrywając ode mnie wzroku. Jego oczy z piwnych zrobiły sie ciemno brązowe. Na jego twarzy gościł lekki ale cwaniacki uśmiech. Ułożyłam sie na łóżku w wygodnej pozie opierając sie na łokciach. Przysunal sie bliżej mnie przejeżdżając dłonią po rozgrzanej skórze mojego uda. U dołu mojego brzucha pojawiło sie uczucie podniecenia. Z każdym jego ruchem wzrastało coraz bardziej.  Nachylił sie nade mną wbijając oczy w moje tęczówki. Zblizylam sie wolno wbijając sie w jego usta. Jedną dłoń ułożyłam na jego plecach a drugą wplotlam we włosy. Rozchylilam językiem jego miękkie wagri pogłębiając pocałunek. Ręką Shannona powędrowała na mój pośladek lekko go ściskając. Jeknelam cicho w jego usta nie przerywając pocaluku. Każdy pocałunek stawał sie coraz bardziej zachłanny. Jego wargi zaczęły powoli przenosić sie na moją szyje. Przymknelam oczy dysząc. Zaczął zostawiać mokre, różowe ślady na moim ciele. Odepchnelam go trochę tak by patrzył na mnie.
 
-Pieprz mnie-szepnelam.
***
Przepraszam że ten rozdział taki krótki ;/ nie miałam czasu i weny go pisać ale wynagrodze wam to w następnym ;D  

piątek, 14 marca 2014

Chapter 4

Przed budynkiem czekała na nas taksówką, którą pewnie zamówiła Sarah gdy się krzątałam po pokoju w poszukiwaniu czegoś odpowiedniego. Wsiadłyśmy do pojazdu. Znów mogłam oglądać miasto w milionach neonów. Ulice były przepełnione ludźmi. Nie wiem nawet jak mogli postawić chociaż jeden krok. Każdy szedł za każdym jakby byli poprzyczepiani do siebie, ale może są przyzwyczajeni. W LA nie ma aż takich tłumów albo takowych nie widziałam. Tam o tej godzinie już wszyscy byli w klubach i bawili się w najlepsze. My do tego zmierzałyśmy. Korki jednak były rzeczą, która uwielbiała przeszkadzać w dotarciu gdziekolwiek. Od zawsze ciekawiło mnie życie w NY. Brat często opowiadał mi że jest tu bardzo ciekawie. Dużo koncertów, imprez plenerowych i innych bardzo ciekawych wydarzeń. Nigdy nie miałam okazji go odwiedzić. Musiałam siedzieć w domu i uczyć się w każdym wolnym momencie dnia. Nie mogłam wyjść nigdzie ze znajomymi, na żadną imprezę czy chociaż do przyjaciółki na noc. Miałam 18-letni areszt domowy. I gdy nadążyła mi sie najbliższą okazja żeby się stamtąd wyrwać postanowiłam to wykorzystać. Może pomyślicie ze jestem głupia że chciałam opuścić LA go mogłam się przenieść tylko kilka domów dalej lecz ja chciałam zacząć nowe życie w miejscu do tego przystosowanym.

Chwile później znalazłyśmy się pod klubem "skaczącym" od głośnej w nim muzyki. Kilka pijanych lasek stało przed klubem śmiejąc się z własnej głupoty. Pokręciłam głową i wysiadłam z żółtego pojazdu. Poczułam jak zimne powietrze delikatnie głaska moją gorącą skórę. Zamknęłam oczy i czekałam aż przyjaciółka dołączy do mnie. Usłyszałam tupot jej szpilek i otworzyłam oczy zwracając się w jej stronę. Uśmiech na jej twarzy oznajmił mi że jest gotowa do zaczęcia ostrej imprezy. Złapała mnie pod pachę i ruszyła w stronę wejścia. Klub był przepełniony po brzegi. Od razu poszłyśmy do baru. Na sam początek zamówiłyśmy dwa drinki z Martini. Kolejna była czysta wódka. Nie planowałam się jakoś szybko upić ale chciałam się wyszaleć. Później była kolejna, i kolejna, i następna. Sarah pociągnęła mnie na parkiet i zaczęłyśmy tańczyć. Nie był to taki zwykły taniec bo byłyśmy tak podpite ze ocierałyśmy się o siebie. Śmiałyśmy się nie zwracając uwagi na resztę ludzi przebywających w klubie. Po jakiś 10 minutach znów ruszyłyśmy w stronę baru. Polały się kolejne kieliszki wódki. Wokół kręciło się sporo facetów którzy nie zwracali jakoś szczególnie mojej uwagi. Byli schlani i tylko szukali łatwej laski do wyruchania. Tez nie byłam trzeźwa ale zostało mi jeszcze trochę zdrowego rozsądku. Znów wróciłam na parkiet. Nigdy nie bawiłam się tak dobrze po alkoholu. W sumie oprócz imprezy urodzinowej nigdy wcześniej nie piłam. Czułam się jak ryba w wodzie ruszając się w rytm muzyki. Mimo wysokich obcasów poruszałam się zwinnie i szybko. Praktycznie można powiedzieć ze nie miałam ich na sobie. Skakałamtańczyłam i po prostu wariowałam. Znów pociągnęłam przyjaciółkę w stronę baru. Usiadłam na jednym z barowych krzeseł i poprosiłam o  dwa drinki "Wściekły Pies". Chwile później przystojny barman podał nam wysokie kieliszki pełne lodu i alkoholu w brązowym kolorze. Sarah zajęła miejsce koło mnie i zaczęłyśmy sączyć  napój. Następne kolejki to były Kamikadze. Praktycznie sama wódka. Mocna. Około 2 w nocy zaczęłyśmy się zbierać. Robili się nieciekawie. Prze narożnych stolikach wciągali jakiś biały proszek. Byłam jednak tak pijana ze nie zwracałam na to uwagi. Pokierowałyśmy się do wyjścia a tam uderzyło mnie mroźne powietrze. Razem z Sarah pomaszerowałyśmy do pobliskiego parku. Położyłam się na trawniku tuż koło brązowej, drewnianej ławki.

-Beth-mruknęła moja współlokatorka siadając na ławce.Chyba wypiła mniej niż ja-Musimy wrócić do domu-zaśmiała się wstając i idąc w moim kierunku.

-Wiem-wybełkotałam i zaczęłam machać rękami nad sobą.

-To musisz wstać-zaśmiała się z mojego zachowania-no już-kucnęła koło mnie.

-Nie mogę-zaśmiałam się nie przerywając czynności i podkulając nogi.

-Chodź, pomogę ci-wyciągnęła ręce w moim kierunku.

Chwyciłam jej dłonie. Ona zaparła się i uniosła mnie do pozycji siedzącej. Była na tyle nietrzeźwa ze straciła wszelkie siły.

-Poczekaj, znajdę kogoś do pomocy-mruknęła i poszła w stronę ostatnio odwiedzonego przez nas miejsca.

Zostawiła mnie samą w stanie nietrzeźwym w środku parku. O 2 w nocy leżącą na trawniku. Nie było to zbyt rozsądne rozwiązanie. Leżałam tak machając dłońmi przed twarzą. Nie wiedziałam że alkohol może tak zadziałać na ludzki organizm. Zaczęłam gadać do siebie jakieś bełkoty. Nie pamiętam nawet na jaki temat. Chichotałam cały czas do momentu gdy nie usłyszałam tupotu obcasów. Zwróciłam się w kierunku źródła dźwięku. Tak jak myślałam była to Sarah. Ale nie sama. Stał koło niej jakiś brunet z kilkudniowy zarostem. Zaśmiałam się głośno i znów położyłam na trawniku.

-To jest ta twoja schlana przyjaciółka?-zapytałam zachrypniętym głosem-wygląda na lekką-zakpił trochę z mojej współlokatorki jednocześnie podchodząc i podnosząc mnie na proste nogi.

-Dziękuje-zachichotałam chwiejąc się-jesteś taki umięśniony i taki męski-bełkotałam chichotając cały czas.

-Pomóc ci zamieść ją do domu?-facet zwrócił się do Sarah

-Nie chce robić ci niepotrzebnych problemów-uśmiechnęła się lekko podtrzymując mnie.

-Coś ty. Nie mam nic do roboty a wole żebyście dotarły do domu w jednym kawałku-zaśmiał się ponuro.-Tak w ogóle to jestem Shannon-wyciągnął rękę w kierunku pomarańczowowłosej dziewczyny.

-Em....Sarah..-mruknęła cicho ściskając jego dłoń-to jest Elizabeth-zaśmiałam się odchylając do tyłu.

Mężczyzna wziął mnie na ręce trzymając jak pannę młodą. Jak głupia chichotałam wciąż z niewiadomych powodów. Chwile później wsiedliśmy do złapanej przez Sarah taksówki. Moja przyjaciółka rzuciła kierowcy adres a na twarzy Shannona pojawiło się zdziwienie.

-Mieszkacie na Manhattanie?-zwrócił się do mnie leżącej na jego kolanach.

-Mhm-wymamrotałam znowu chichotając-może nas odwiedź...-przerwał mi dźwięk mojego telefonu.

Na ekranie widniał napis "Matka". Przesunęłam czerwoną słuchawkę. Miałam na tyle resztek zdrowego rozsądku że nie miałam najmniejszego zamiaru gadać z nią w takim stanie. Wiedziałam że na jednym telefonie sie nie skończy więc go wyłączyłam i włożyłam z powrotem do torebki którą o dziwo jeszcze miałam przy sobie. Kolana tego facia wydawały mi się wygodniejsze z każdym momentem. Zaczęłam lekko przymykać oczy. Nie wiem nawet kiedyś usnęłam.

poniedziałek, 10 marca 2014

Chapter 3

Wpatrywałam się w każdy, nawet najmniejszy cal światła bijącego zza szyby. Korki były jednak nieziemskie co dało mi więcej czasu na delektowanie się widokiem. Niektóre dzielnice nie byly oświetlone co wyglądało trochę przerażająco. Widniała tam tylko ciemność. Mam nadzieje ze nie będę musiała często przechodzić przez takie oto uliczki.

-Pamiętaj żeby nie wchodzić w takie miejsca-mruknęła cicho Sarah wskazując na uliczkę przez moje okno- czai się tam wiele dość nie ciekawych i..-przerwała by przełknąć ślinę- zboczonych gości..

-Zapamiętam-szepnęłam nie mogąc wydusić z siebie nic więcej.

Na samą myśl o robieniu czego kolwiek z takimi facetami aż skracało mnie w żołądku. Nim się obejrzałam byłyśmy już na Manhattanie. Opuściłyśmy pojazd oraz zabrałyśmy moje walizki kierując się do jednego z ładniejszych wieżowców w okolicy. Hol wyglądał dość przytulnie. Nie ociekał zlotem  i innymi drogocennościami tak jak sobie wyobrażałam. Tego mi było trzeba. Zwykły budynek, zwykle mieszkanie i zwykle życie. W windzie czekał sympatyczny i nie najbrzydszy hotelarz. Widząc mnie z Sarah'ą domyślił się na które piętro ma jechać. Miałam lek wysokości wiec resztkami nadziei prosiłam Boga aby mi przeszło. No nie okłamujmy się. 12 piętro w 15 piętrowym wieżowcu to nie tak nisko. Krok za krokiem, tupot za tupotem byłam bliżej mojego nowego, dzielonego z przyjaciółką mieszkania. Zatrzymałyśmy się przy białych, drewnianych drzwiach z numerem 9. Sarah wyciągnęła z torebki pęk kluczy z różnymi zawieszkami i obracając je otworzyła drzwi. 

-Oh..-cicho wyrwało się z moich ust na widok dość ładnie urządzonego mieszkania-ślicznie tu

-Robił to wszystko mój dobry znajomy-delikatnie uniosła kąciki ust do góry na wspomnienie o nim.

-Ma talent-odwzajemniłam gest nie przerywając rozglądania się po pomieszczeniu, którym był salon. 

Znajdował się tam duży, 42 calowy telewizor marki Samsung. Była też tam bordowa kanapa idealnie pasująca do koloru ścian i wpasowująca się w kolor mebli. Z każdym zauważonym przedmiotem przekonywałam się do jego talentu coraz bardziej. 

-Chodź, pokaże ci twój pokój -zwróciła się ponownie dziewczyna-odpoczniesz trochę i poleniuchujemy razem-wyszczerzyła się wyglądając dość przekonywując. Kiwnęłam tylko głową i potupotałam za nią do pokoju na końcu korytarza. Nie odbiegał on wyglądem od reszty mieszkania. Był w kolorach od białego aż po czarny. Przez chwilę poczułam się jak we własnym pokoju tam. W Los Angeles. Moją szczególną uwagę przykuło wielkie łóżko. Było na nim chyba z 10 ozdobnych poduszek i  pościel wpasowującą się we wszystko. Zostawiłam walizki tam gdzie stały i rzuciłam się na łóżko rokoszując się jego miękkością. po dobrych 20 minutach leżenia postanowiłam przebrać się w coś wygodniejszego.  Były to moje ukochane, szare dresy w czarne literki oraz bardzo luźny t-shirt z logo Guns'N Roses. Spięłam włosy w kucyka i wyszłam z pokoju kierując się korytarzem ponownie do salonu. Sarah siedział tam oglądając telewizyjne talk show Allan'a Carr'a. Lubiłam go. Zawsze wszystko obracał w żart więc przy każdym odcinku było dużo śmiechu. Dosiadłam się do niej w milczeniu. Co jakiś czas chichotała pod nosem z jego tekstów. Nie da się ukryć że ja robiłam to samo. Może nie był najprzystojniejszy i najchudszy ale miał genialny charakter i poczucie humoru. Odcinek niestety szybko się skończył i nastała niezręczna cisza lecz Sarah szybko ją przerwała.

-Masz jakieś plany na dzisiejszy wieczór?-uśmiechnęła się delikatnie zwracając głowę w moją stronę i przekładając pojedynczy kosmyk włosów za ucho.

-Nie..-mruknęłam cicho poprawiając się nieco na sofie gdyż poczułam lekkie mrowienie w łydkach-..a ty?

-Pomyślałam że skoro to twój pierwszy wieczór w Nowym Yorku to trzeba go jakoś uczcić, jak myślisz?-spojrzała na mnie błękitnymi tęczówkami czekając na odpowiedź.

-Em...-mruknęłam cicho jednocześnie zastanawiając się co więcej mogę powiedzieć-..okej-uniosłam kąciki ust do góry na myśl o wyjściu na miasto.

-To idź się szykować-zachichotała podnosząc się i w podskokach kierując się do sypialni.

Może i nie przepadałam za przepełnionymi ludźmi klubami ale lubiłam chodzić po oświetlonym mieście i podziwiać jak technologia idzie do przodu. Biorąc do siebie słowa przyjaciółki również poszłam przygotować się do wyjścia. Nie było mi aż tak śpieszno więc wolno wróciłam do pokoju chwytając po drodze większą walizkę i kładąc ją na łóżku. Jednym zwinnym ruchem odpięłam zamek i zaczęłam szukać czegoś ciekawego. Może nie miałam jakiś zajebistych ciuchów ale mi się podobały i to powinno wystarczyć. Wyrzucałam z niej wszystko co raczej nie nadawało się na tę okazję.

Minuty wydawały się jak godziny a ja dalej nie miałam nic. Ostatecznym rozwiązaniem mogła być czarna sukienka sięgająca do połowy uda. Nie przepadałam za nią. Może dlatego że raczej chodziłam w spodniach i podkoszulkach. Moja matka od niech nie odstępowała ani na chwile. Czasami nawet śmiałam się pod nosem że pewnie śpi w sukience. Gdy trzymałam już czarny materiał sukienki w ręce chwyciłam za drugą walizkę w której nie było nic innego tylko buty. Miałam ich dość dużo więc znów zaczęłam wyrzucać wszystko robiąc jeszcze większy bałagan. Wypadały z niej różne marki. Od Vans'ów i Conversów aż po lity i zwykłe czarne szpilki. Ze szperania po zakątkach mojej torby wyrwało mnie pukanie do drzwi.

-Gotowa?-zapytała Sarah uchylając drzwi.

Była ubrana właśnie tak jak ja chciał wyglądać. Czarne szpilki i krótka sukienka w tym samym kolorze. Spostrzegła to jednak i na chwilę zniknęła z mojego obszaru widoczności by wrócić z białą sukienką i grubym łańcuchem w ręce.

-Ubierz to-mruknęła cicho wręczając mi te przedmioty- zrobić ci makijaż?-zapytała idąc do mojego łóżka i siadając na jego krawędzi.

-Jeśli tylko możesz-uniosłam lekko kąciki ust do góry.

Przebrałam się w wieczorną kreację i wzięłam do niej jeszcze złote szpilki. Gdy ubranie było gotowe usiadłam koło Sarah by zrobiła mi make up. Usta przejechała dość mocną, czerwoną szminką a rzęsy kilkukrotnie obdarzyła warstwą tuszu. Włosy zostawiłam rozpuszczone lecz popsikałam je lekko lakierem by nie straciły objętości. 

-Czas na imprezę ! -zaśmiała się moja przyjaciółka po czy pokierowałyśmy się do wyjścia.

piątek, 7 marca 2014

Chapter 2

Ze wspominania dawnych czasów wyrwało mnie mocne szarpnięcie mojego barku. Mogła być to tylko jedna osoba przebywająca aktualnie w domu-moja matka.

-Dziecko, powinnaś się już zbierać-powiedziała swoim jak zawsze piskliwym głosem który wręcz mnie irytował.

-Wiem-mruknęłam cicho wstając od stołu i wkładając brudne naczynia do zlewu gdyż taki bogaty dom nie posiadał zmywarki oraz powstrzymując się od rzucenia jej jakiegoś chamskiego komentarza.

Nie chce psuć sobie z nią relacji tuż przed wylotem. Mimo ze mam te osiemnaście lat, ona dalej uważa to jako dziesięć. Po zabraniu telefonu, torebki oraz wielu innych potrzebnych gadżetów byłam gotowa. Gotowa do zaczęcia nowego życia w nowym mieście.

-Do zobaczenia-pochyliłam się lekko by ją przytulic i musnąć jej policzek.

-Mam nadzieje ze szybko wrócisz-odparła otwierając mi drzwi i tupocząc za mną aż do pojazdu.

-A ja nie-mruknęłam ledwo słyszalnie jednocześnie będąc sfrustrowana jej aroganckim zachowaniem.-Pa-rzuciłam i ruszyłam czarnym Land Roverem spod wielkiego, dwupiętrowego domu.

Przez całą drogę spod domu aż do samego parkingu ma lotnisku byłam skupiona tylko i wyłącznie na drodze. Wpatrywałam się w jeden,wielki, podłużny kawałek asfaltu jakbym oczekiwała ze stanie się cud i już znajdę się w NY. Mimo moich ogromnych i szczerych chęci tak się nie stało. Dalej siedziałam w prześmierdniętym dymem papierosowym aucie trzymając mocno kierownice. Najdziwniejszym faktem było chyba to że mimo tak wczesnej jak na LA godziny było ono przepełnione turystami i gwiazdami "chcącymi" spotkać się z fanami. Korki też zostawiały wiele do życzenia. W tym dniu gdy muszę być w danym miejscu o danej porze ludziom zachciało się jeździć po mieście bez najmniejszego sensu. Mimo to wyrobiłam się, będąc nawet jakieś dwadzieścia minut przed czasem.

Zaparkowałam pojazd w najbezpieczniejszym według mnie dla niego miejscu i małą, czarną wajcha otworzyłam bagażnik. Wysiadłam z pojazdu i pokierowałam się na jego tyły. Stamtąd wyciągnęłam jedną ,dużą walizkę w odcieniach szarości i drugą mniejsza w kolorze czarnym. Wysunęłam z obu metalowe rączki i guzikiem na pilocie zamknęłam samochód. Zaczął on jednak wyć, a ja się wzdrygnęłam. Przez moją sklerozę zapomniałam zamknąć klapę od bagażnika. Nacisnęłam drugi przycisk odbezpieczający auto.  Z głośnym trzaskiem zamknęłam klapę i po raz kolejny wcisnęłam przycisk zamykający.

Chwile później byłam już przy odprawie. A ze był to mój pierwszy w życiu przelot samolotem to wydawała mi się ona nadzwyczaj szybka. Musiałam tylko położyć bagaże na taśmie oraz pokazać paszport. Nie miałam w swoich walizkach nic podejrzanego wiec puścili mnie dalej. Stamtąd pokierowałam się do kolejnej taśmy lecz tam zostawiałam walizki aż do przylotu do NY. Z moją małą, podręczna torebka poszłam do stoiska sprawdzania biletów. Pokazałam tam skrawek papieru z małym drukiem a jakieś pięć minut później zajmowałam swoje miejsce w samolocie. Mając świadomość ze i tak nie będę z nikim rozmawiać ubrałam słuchawki od iPhona i zaczęłam słuchać Ed'a Sheeran'a-I see fire.

Poczułam lekkie szturchanie w lewe ramie. Nasilające się z każda chwilą. Zajęłam jedna słuchawkę.

-Już jesteśmy w Nowym Jorku, proszę pani-poinformowała mnie nawet mila stewardessa.

Podniosłam się z siedzenia jakby miało jakieś 50 stopni i szybkim krokiem wyszłam z samolotu. Rozejrzałam się i zobaczyłam dwie walizki łudząco podobne do moich lecz stała przy nich dziewczyna w pomarańczowym kolorze włosów. Nie dało się nazwać tego rudym. Była śliczna. Gdy zauważyła mnie zaczęła machać w moim kierunku. To musi być ona.

-Elizabeth?-pisnęła ewidentnie podekscytowana moim widokiem.

-Sarah? Nie wspominałaś ze zrobiłaś się na...pomarańczowy-było dość trudno ją poznać skoro wcześniej była jasną blondynką-ślicznie ci w tym kolorze-uśmiechnęłam się serdecznie.

-Dziękuję-dało się zauważyć lekki rumieniec na jej policzkach-ty też ślicznie wyglądasz-uniosła kąciki ust do góry wyglądając słodziaśnie jak bobas po narodzinach.

Chwyciłam za walizki lecz przyjaciółka wyrwała mi większą z ręki chcąc odciążyć mnie po ciężkim locie. Wyszłyśmy z budynku lotniska i stanęłyśmy przy krawężniku. Machnęłam ręką chcąc złapać jakąś taksówkę tak jak wygląda to w LA. Dołączyła do mnie Sarah i gwizdnęła przy pomocy kciuka i wstazujacego. Jeden z żółtych pojazdów zatrzymał się tuż koło nas od razu otwierając bagażnik. Kierowca wysiadł i pomógł nam schować bagaże. Usiadłyśmy na tylnim siedzeniu, a gdy kierowca dołączył pomarańczowo-włosa dziewczyna rzuciła mu adres. Auto ruszyło paląc gumy ale to chyba standard w Nowym Jorku. U nas wszyscy jeżdżą raczej spokojnie uważając na ludzi chodzących praktycznie po ulicy. Ale to nie Los Angeles tylko Nowy York. Szczerze mówiąc jestem tu pierwszy raz nawet pomimo tego ze mój brat tu mieszkał. Zbliżał się wieczór wiec wszystkie budynki zaczęły rozbłyskiwać neonami, wielkie ruchome bilbordy lecz nie dało się tego porównać z nocnym życiem Miasta Aniołów.
***
CZYTASZ?-Zostaw po sobie ślad ;3
Witam ;> chciałam poinformować was że na blogu jest zakładka "Informed" czyli Informowani. Jeśli wam się podoba i chcecie śledzić dodawanie rozdziałów możecie napisać w tamtej zakładce bądź na moim TT : @Maars00

środa, 5 marca 2014

Chapter 1

Przesunęłam policzkiem po miękkim, przyjemnym w dotyku materiale poduszki próbując kolejny raz przenieść się w objęcia Morfeusza. Z moich lekko uchylonych, bladoróżowych ust wydał się ledwo słyszalny jęk sygnalizujący ze mam zamiar jeszcze jakiś czas poleniuchować w moim własnym łóżku. Jeden koniec kołdry zsunął się z mojego ramienia powodując że lekki dreszcz przebiegł po całym moim ciele a na rękach pojawiła się gęsia skórka. Złapałam za kraj pościeli i przeciągnęłam nad głowę jednak chwilę później pierzyna znów zjechała po mojej skórze. Zaczęła się dość zażarta walka z kołdrą o przewagę nad łóżkiem. Pościel jednak wygrała a ja uniosłam się na łokciach i rozejrzałam się po pokoju. Był on taki jak go od zawsze pamiętałam. W miarę przestrzenny, w ciemnych kolorach i pooklejany plakatami różnych zespołów muzycznych. Od metalowych i rockowych aż po Jazz'owe i Popowe.

Poniekąd muzyka była moją pasją. Jednak znacznie więcej czasu spędzałam w internecie na ulubionych portalach społecznościowych jakimi były Facebook oraz Twitter. Moje korzystanie z Facebook'a polegało raczej na pisaniu postów raz na tydzień i dość częstym zmienianiu zdjęć profilowych. Za to korzystanie z Twittera wyglądało inaczej. Wchodząc na niego zawsze wiedziałam ze ludzie tam będą dla mnie mili niezależnie od nastroju. Okażą choć trochę współczucia i troski a ludzie na Facebooku liczą tylko na kilka nędznych lajków pod zdjęciem mając złudzenia ze są czymś pokroju "fejma". Tak jednak nie jest. Ludzie siedzą tam grają w jakieś chore gry i zabierają sobie czas którego nie odzyskają. Wysyłają setki, nie mówiąc ze tysiące zaproszeń zawracając dupę niezainteresowanym. Dlatego nie przepadam za nim. Na Twitterze nie ma tych ryjacych psychikę gierek. Są tylko ludzie. Normalni i wrażliwi . Coś jak rodzina tylko w Internecie. Z jedną dziewczyną zżyłam się szczególnie. Nazywa się Sarah. Pochodzi z Nowego Jorku a ja..umm.. Los Angeles. Może niektórzy z was pomyślą ze jestem głupia lub coś brałam ale chce sie stąd wyprowadzić. Duża ilość aktorów, modelek i zespołów przepełnia to miasto. Aż za bardzo. Moi rodzice nie są nikim tego pokroju. Są raczej prawnikiem i dekoratorka wnętrz wiec nie wiem co w ogóle robimy w tak sławnym miejscu jakim jest LA. Przenieśliśmy sie tu gdy miałam zaledwie trzy latka zatem nie pamiętam wiele z mojego poprzedniego miejsca zamieszkania. Matka wspominała ze była to Atlanta. Zrobiła to podobno przez ostrą kłótnie z moim ojcem choć teraz ich relacje są bardzo dobre. Czy to przez jej charakter? Wygląda na to ze praktycznie są razem. Może zrobili to ze względu na mnie? Nie jestem małym dzieckiem. Mam juz te osiemnaście lat i rozumiem tego typu sytuacje zwane problemami małżeńskimi. Ugh. Dobrze ze zostaje tu tylko do piętnastej. Z moich zamysłów wyrwało mnie pukanie do drzwi.

-Hej kochanie-mruknął wysoki mężczyzna wchodząc do mojego pokoju w szarym garniturze i wypastowanych butach.

-witaj, tato-zachichotałam cicho z przyczyn jego dość niecodziennej lecz udawanej powagi.

-przyszedłem sie pożegnać-spuścił głowę ewidentnie zasmucony tym ze wyprowadzam sie dość daleko

-nie boj sie-uśmiechnęłam sie najlepiej jak potrafiłam- wrócę lub to ty-wskazałam na niego palcem- przylecisz do Nowego Jorku.

-wiem, ale moja malutka księżnicz....-przerwało mu ponowne pukanie do drzwi, a ze on stal juz w pokoju wywnioskowałam ze musi być to moja matka.

-pomóc ci z rzeczami ?-zwróciła się do mnie jak zawsze poważna niezależnie od sytuacji. 

Była ona jak każdego dnia zresztą wymalowana dość dokładnie i po wizycie u ulubionego fryzjera. Miała na sobie czarne szpilki i sukienkę do kolan w tym samym kolorze oraz biżuterie w odcieniach szarości. Pokręciłam przecząco głową na znak ze nie będzie mi ona potrzebna. Skinęła głową i opuściła pomieszczenie.

-a więc-kontynuował mój ojciec- nie mogę uwierzyć w to ze moja mała księżniczka jest już...dorosła-to słowo wyszło z wielkim,wręcz ogromnym trudem z jego ust.

-jeśli będzie coś nie tak, na pewno zadzwonię-uniosłam kąciki ust lekko do góry chcąc osłodzić te ciężką atmosferę

Chwile później mój tata odjeżdżał białym Lamborghini spod domu, a ja pakowałam walizki, torby i inne bagaże do bagażnika czarnego Land Rovera mojej matki. Gdy zakończyłam najważniejsze czynności wróciłam do domu od razu kierując się do kuchni. Otworzyłam lodówkę a mocny odór ryby uderzył w moje nozdrza. Pokręciłam głową by pozbyć się zapachu jednocześnie zamykając drzwi. Poczułam zniesmaczenie i straciłam na ten moment apetyt. Wróciłam do swojego małego królestwa by przebrać się w coś ładnego i nie zbyt skąpego. Wyciągnęłam z szafy czarne rurki, biały podkoszulek oraz marynarkę w kolorze spodni. Wyglądało to seksownie i elegancko zarazem. Kilka kroków dalej byłam w łazience przeczesując moje kasztanowe włosy i spinając je w idealnego koka. Nałożyłam również nieco tuszu i byłam gotowa do podróży samolotem. Postanowiłam zrobić drugie podejście do lodówki tym razem chwytając za nos i zatykając go. W szybkim tempie rozejrzałam się po półkach. Sięgnęłam po mleko i przestawiłam je na blat. Płatki były jedynym posiłkiem jaki przychodził mi teraz na myśl. Z górnej szafki wyciągnęłam porcelanową, średniego rozmiaru miskę w kwiatowe wzory. Nasypałam do niej płatków firmy "Cornflakes" i nalałam mleka. Po dłuższym wymachiwaniu ręką w górę i w dół ,miska była pusta a ja syta i to bardziej niż nigdy przedtem. Możliwe ze to przez stres lotem. Tyle się ostatnio słyszy o katastrofach lotniczych oraz porwaniach przez terrorystów. Po tym gdy 11 września 2001 w takim przejęciu samolotu straciłam brata boje się latać. Był on rocznikowo cztery lata starszy ode mnie i leciał do swojej narzeczonej która mieszkała nieopodal Nowego Jorku. O jego śmierci dowiedzieliśmy się, a raczej można powiedzieć że domyśliliśmy gdy jego samolot nie dotarł na lotnisko. Moja matka została poinformowana o tym jako pierwsza. Od tamtej pory nie widziałam na jej twarzy szczerego, wziętego prosto z głębi serca uśmiechu. Na jej twarzy była sztuczność i nie mówię tu o makijażu tylko o sztucznej masce którą nosi już od dobrych 13 lat. Nie wiem co można zrobić żeby w końcu oderwała się od tamtych wspomnień i zaczęła normalnie funkcjonować. Dla mnie też on był bliski. Był moim najlepszym przyjacielem, z nim zawsze się śmiałam, wygłupiałam i byłam szczęśliwa ale.. co było już się nie odstanie. Normalni ludzie nawet z najszczerszymy intencjami nie mają wpływu na to kto odchodzi a kto zostaje na tym świecie.....

***
Mam nadzieje że wam się podoba :3 to na razie pierwszy rozdział więc wyraźcie swoje opinie i ewentualnie co byście poprawili ;>

poniedziałek, 3 marca 2014

Trailer



***
Dość długo męczyłam się nad znalezieniem programu do zrobienia tego filmiku.
 Za jakiekolwiek literówki przepraszam :) liczę na wasze opinie na ten temat ;D Pierwszy rozdział pojawi się już niebawem ;3